fbpx
AGNIESZKA – jak zostałam KWB

AGNIESZKA – jak zostałam KWB

Jak zostałam KWB…true story 😊

Moja historia to zapewne historia wielu dziewczyn, kobiet…od małego gdzieś tam miałam problem z wagą, z tym co jem, jak się odżywiam. Z pewnością gdzieś w tym wszystkim jest wina mojej mamy czy babci, które widząc, że nie chce zjeść obiadu proponowały…pierniczki… a ja, jako mały i coraz grubszy cwaniaczek wykorzystywałam to. W podstawówce byłam jedną z tych największych osób w klasie…nawet większą niż chłopcy. Nie widziałam tego, moja mama też nie, bo cieszyła się, że mam apetyt, że jem. I tak…codziennie miałam w szkole kanapki z nutellą, których absolutnie każdy mi zazdrościł, ale wagi już nie zazdrościł raczej nikt.

Jak wspomniałam nie odczuwałam, że jestem inna, zapewne tylko dlatego, że miałam zawsze dużo koleżanek i kolegów, którzy nigdy nie dali mi odczuć, że jakoś odstaje do nich. Cała podstawówkę wspominam bardzo dobrze, zawsze miałam wokół siebie ludzi, którzy akceptowali mnie w pełni. Zapewne mama jak i babcia starały dawać mi wszystko co najlepsze, co lubię najbardziej, czyli słodycze. Wzięło się to stąd, iż moi rodzice nie byli ze sobą i na wsparcie taty jak  rodziny z jego strony nie mogliśmy liczyć.

Taka sielanka braku myślenia o swoim wyglądzie trwała do gimnazjum, gdzie zobaczyłam, że innymi, zgrabnymi, chudszymi koleżankami zaczynają interesować się koledzy. Mnie każdy traktował jak kumpelę…na początku było to dla mnie ok, bo zależało mi najbardziej na nauce, na dobrych stopniach. Potem jednak także chciałam stać się obiektem zainteresowania już nie tylko jako ta „fajna kumpela Aga”. Zaczęłam szukać sposobu jak tu zrzucić kilka kilogramów.

No i się zaczęło…tabletki na przeczyszczanie, głodówki, picie octu jabłkowego na czczo z pieprzem cayen jako remedium na zbędne kilogramy…gdzieś tam pojawiły się jakieś treningi, choć to chyba za dużo powiedziane…bo zrobienie kilku brzuszków i przysiadów – tego raczej treningiem nazwać nie można.

Okres liceum to czas zmian fizycznych i psychicznych. Tam trafiłam na dziewczyny, które były szczupłe, zgrabne, ładne, ale które chętnie dzieliły się tym jak trzymają formę. Przede wszystkim zachęciły mnie na początku do zajęć na wuefie. Pokazały, że dobrze doprawiona sałatka też może smakować 😊 Wtedy też poznałam swojego pierwszego chłopaka, dużo starszego, bo o 7 lat.
I ktoś mógłby powiedzieć, że albo on albo ja byliśmy głupi, bo taka różnica wieku…a mi to dało mega motywację! Wiedziałam już, że chce zmiany swojego ciała, bo nie chce się wstydzić założyć kostium kiedy idziemy na basen. Miałam tez jego ogromne wsparcie – akceptował mnie w całości, ale i wspierał kiedy mówiłam, ze potrzebuje się zmienić, dla siebie przede wszystkim. Był wsparciem, wiedziałam, że jemu podobam się taka jaka jestem. Do studniówki z 70 kg schudłam do 60 i to był mój sukces. Wybieranie sukienki – pierwszy raz DOPASOWANEJ! Było czymś fantastycznym. Wyglądałam i czułam się jak milion dolców! 😊

Wszystko było dobrze, szło ku lepszemu. Jednak kiedy poszłam na studia zaczęłam pracować na recepcji w fitness klubie. I super, bo dużo znajomych, dużo wiedzy o tematyce odżywiania, ćwiczeń, dbania o ciało. Zaczęłam trenować, miałam powodzenie u mężczyzn i chyba trochę się zachłysnęłam i pogubiłam w tym…zbiegło się to z rozstaniem z moim facetem. Niektórzy po zerwaniu po tak długim związku zaczynają imprezować, wchodzić w kolejne związki, pić.

Ja natomiast wpadłam w wir ćwiczeń – ćwiczyłam 6 h dziennie! Głównie cardio. Cardio codziennie – a kiedy nie miałam sił, miałam ogromne wyrzuty sumienia. Moja dieta? To nie była dieta to była głodówka – byle przetrwać i przeżyć do kolejnego dnia… śniadanie – jogurt naturalny z cynamonem, potem jabłko lub grapefruit potem serek wiejski i na kolację brokuł i jajko. A w tym wszystkim te 6 h ćwiczeń.

Unikałam jak ognia cukru, węglowodanów…spotkań z ludźmi bo przy takich okazjach przecież zwykle coś się je. Doszło do tego, że wpadłam w sidła kompulsywnego objadania się i prowokowania wymiotów, brania ogromnej ilości tabletek przeczyszczających…bo przecież musiałam jakoś usunąć z organizmu to co zjadłam. Plus oczywiście jak zjadłam więcej to musiała wpaść dodatkowa sesja cardio…mój organizm był wykończony, momentami nie miałam siły przejść odległości jednego przystanka. Doszło do tego, że bałam się nawet pić wodę! Bo przecież jak wypiję więcej w ciągu dnia niż jedną małą buteleczkę to waga wskaże o jakąś dziesiętną więcej! Byłam niedożywiona, odwodniona…ale osiągałam swój cel – ważyłam coraz mniej. Widziałam siebie jako ziszczenie ideału kobiety.

Jednak mam szczęście do ludzi – przyjaciółki widząc, że dzieje się coś złego zaczęły dopytywać, dociekać co się dzieje, czemu jestem coraz chudsza ….Wszyscy w pracy, na studiach, rodzina, znajomi zaczęli się martwić, a do mnie tak naprawdę nie docierało, że jestem chuda, wręcz wychudzona. Był to czas kiedy przy 166 cm wzrostu ważyłam 39 kg, nie widziałam, że sylwetka jaką mam jednak nie jest piękna. Nie jest taka jak myślałam, że jest. Wszystko to doprowadziło do problemów z hormonami, zawrotów głowy i leczenia się u neurologa bo nie byłam w stanie funkcjonować…aż w końcu i do tego, że zaczęłam chorować na niedoczynność tarczycy.

Przełom w postrzeganiu siebie nastąpił bardzo powoli po balu na zakończenie studiów. Wtedy zobaczyłam jak wyglądam na zdjęciach. Na plecach widoczne wszystkie ścięgna, kości, nogi…kolana które obleczone są skórą…ręce na których skóra wisi, ramiona, obojczyki to były sterczące kości. I znowu…w moim życiu ktoś postawił mi na drodze człowieka, który dzisiaj jest moim mężem 😊To ona zaczął dbać o mnie, mówić, że niszczę siebie niszczę swój organizm, niszczę swoje relacje z ludźmi, relacje z nim. Przecież jako zakochany facet chciał mnie zaprosić na wino, drinka, kolację…ja odmawiałam, bo to dodatkowe kalorie, które nie są przewidziane. Całe szczęście otrzeźwiałam. Zaczęłam się z zmieniać. To był czas, w którym poznałam moją obecną przyjaciółkę, która miała absolutnie zdrowe podejście do jedzenia, ćwiczeń.

Przybrałam na wadze, zaczęłam jeść normalnie, ale wiadomo…efekt jojo i złe samopoczucie, że jednak w swojej skórze nagle mi „ciasno”. Zaczęłam ćwiczyć z jedną ze znanych trenerek…a tam codzienne treningi, wyzwania wtedy to treningi po 2-3 razy dziennie. I znów wyczerpanie fizyczne. Zamówiłam więc i  u niej dietę… niestety ani ćwiczenia ani dieta jak wiemy w takich „hurtowniach” nie są dobierane indywidualnie. Schudłam – jasne, miałam motywację – ślub i wymarzona suknia. Ale nie czułam ani przyjemności z ćwiczeń ani z diety. Idąc na matę zawsze myślałam „ o matko znowu te katusze! Jak mi się już nie chce”. Gotowanie to jakiś kosmos… Stop! Przerzuciłam się na inną znaną trenerkę i jej aplikację .

Mnóstwo przysiadów, zakroków, wykroków, ćwiczeń gdzie najmocniej pracują uda i pośladki…a to właśnie jest mój największy problem. Dolna połowa ciała jako pięta Achillesowa… i pomyślałam bingo! W końcu schudnę z tych ud! Niestety… te tysiące przysiadów z obciążeniem, zestawy ćwiczeń typu HIIT zaowocowały wielkimi udziskami!

Co było dramatem…potem szukałam drogi…wszystko na raz…treningi takie, owakie…dieta…błądzenie co jeść, jak jeść. Zero węgli na noc, bo przecież takie panuje przekonanie! ( jakże głupie już teraz to wiem! 😊 )

I kiedy już traciłam nadzieję, moja przyjaciółka wysłała mi tak „ z głupa” filmik z treningiem Alicji. Z początku pomyślałam, że co takimi gumami można zdziałać.. ale, że próbowałam wszystkiego, a tego nie…zamówiłam gumy! Najpierw z allegro – popękały. Ale pierwsze treningi uświadomiły mi, że to co dzieje się z ciałem przez te gumy, jakie mogą być zakwasy… to jakiś kosmos! I ten kosmos chciałam odkrywać już tylko z rodzina KWB. Zamówiłam kolejne gumy – tym razem już te KWB. Najpierw trenowałam z filmikami z YT, a potem postanowiłam, że czas zainwestować w siebie – napisałam do Alicji maila. Musiałam wypełnić ankietę i swoje odczekać, ale wiedziałam, że to indywidualne podejście do każdej z dziewczyn. Czułam, że będzie dobrze. To był przełom. Od ponad dwóch lat nie szukam, nie próbuję już nic innego. Znalazłam to czego szukałam, co spełnia moje oczekiwania, co doprowadziło mnie do miejsca, gdzie teraz to ja jestem przykładem dla innych, że chcieć to móc i jak ważne są dobre wybory. Ale i tez błędy, których nie żałuję, bo wiele mnie to nauczyło.

W końcu po treningu nie byłam zlana potem jak po przebiegnięciu maratonu. W końcu po treningu miałam siłę, energię i falę endorfin w ciele. W końcu poczułam, że LUBIĘ TE TRENINGI Z GUMAMI !!!! Lubię i dają mi to czego zawsze chciałam – jędrne ciało, smukłe uda, płaski brzuch, lekko wyrzeźbione ramiona, plecy. Cała sylwetka zaczęła nabierać kształtów, stała się proporcjonalna! Taka moja uroda, że mam szerokie biodra…ale teraz kiedy nie pomijam treningów góry ciała cała sylwetka jest harmonijnie zbudowana. Treningi i rozpiski treningowe pokazały, ze ciało musi stać się jednością, a nie wybiórczym katowaniem góry bądź dołu ciała.

Teraz już osiągnęłam cel, jestem świadoma tego czego potrzebuję. Do BALANSU ciała i umysłu. Wiem, ze jak zjem ciastko, bo mam np. te kobiece, trudne dni to szlag nie trafi wszystkiego co wypracowałam przez pozostałe 25 dni w miesiącu. Dieta się nie zawali, ja nie przytyje 10 kilo i nie muszę ćwiczyć dodatkowej godziny cardio. Wiem, że to też jest Ok ! 

Wiem też, że takie osiągniecie wewnętrznego balansu i zgody samej ze sobą daje poczucie ogromnego spokoju i szczęścia. Teraz wiem, ze kiedy jestem dobra dla siebie, dla swojego ciała jestem dobra dla innych, bo czuję się po prostu szczęśliwa. Cała postawa KWB, tego co jest tam przekazywane – treści, które pokazują jak dojść do wewnętrznego spokoju, jak ważny czasami jest luz, że wakacje to wakacje – że można wszystko byle z jakąś rozwagą, dają dużo do myślenia i to myślenie w głowie się zmienia. Dużo osób zauważyło, że moje podejście uległo zmianie, że moje myślenie jest już inne. Teraz chętnie spotykam się z przyjaciółmi, jedząc coś pysznego. Bo takie odstępstwo raz na czas naprawdę nie jest niczym złym. Niczym złym nie jest tez lampka wina do kolacji z mężem czy z przyjaciółką przy babskich pogaduchach. Plusem zmiany w moim życiu jest też na pewno to, że jestem bardziej pewna siebie, że wiem, że nie mogę dogodzić każdemu, bo po prostu się nie da.

Dzięki obecności w KWB teamie nauczyłam się swojego ciała, poznałam swój organizm. Wiem i kiedy jeść by czuć się dobrze. Wiem, że polecana przez połowę dietetyków owsianka na śniadanie w moim wypadku nie zdaje rezultatu. Niestety ale po węglowodanowym śniadaniu po pierwsze mam energię przez jakieś pół godziny a potem „zjazd”, a po drugie niestety ale po godzinie robię się głodna. Dla mnie najlepsze co może być to śniadanie BT, po którym mam energię przez kolejnych parę godzin, nie jestem senna i przede wszystkim nie robię się zaraz głodna. Kolacje- to koleiny ważny punkt na mapie moich zmian żywieniowych. Kiedyś na kolację tylko białko i warzywa. Broń boże węglowodanów. No i ani z rana siły nie miałam, nie spałam za dobrze, regeneracja tez nie była jakaś dobra. Aż nagle w rozpisce od Alicji pojawiły się WĘGLE NA KOLACJE!! Myślę „ Jezu, przecież jak to tak? Gdzie węgle na kolację? Aaa się zrobię ulana…” a tu bam! Ani nie jestem ulana, nie głodna rano ani zmęczona od samego przebudzenia. Jakość mojego snu się bardzo poprawiła, regeneracja na najwyższym poziomie. Teraz jak wykonuje trening z rana, a zdarza się to często, bo potem nie mam na to czasu, mam na niego siłę i motywację! Co jest piękne!

Na sam koniec zmiana stylu życia, odżywiania, ćwiczeń nauczyły mnie na pewno lepszej organizacji czasu, pracy w kuchni, zakupów i zaczęłam wyznawać filozofię no waste. W ebooku „MÓJ PLAN – TWÓJ EFEKT” jest tyle różnorodnych przepisów, że zawsze znajdzie się jakiś by wykorzystać coś co zostało. Więc i nauczyłam się przy tym większej oszczędności finansów i dbania o środowisko. Przede wszystkim teraz wiem: systematyczność, zadowolenie z tego co się robi, akceptacja siebie, wewnętrzny spokój może prowadzić do zmian – pozytywnych zmian. Bo człowiek spełniony i spokojny wewnątrz to człowiek szczęśliwy, taki, który tym szczęściem potrafi obdarować innych.

Komentarze

42 komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Zobacz też

ELA @fit_vege_mom – mama dwójki dzieci

ELA @fit_vege_mom – mama dwójki dzieci

ZADBAJ O SWOJĄ TARCZYCĘ

ZADBAJ O SWOJĄ TARCZYCĘ

GDYBY SŁOWA SAME ZMIENIAŁY SIĘ W CZYNY

GDYBY SŁOWA SAME ZMIENIAŁY SIĘ W CZYNY

KUCHNIA KWB FOOD #4 KREWETKI Z SOSEM ZE SMAŻONYCH POMIDORÓW i OLIWEK oraz KREM BATATOWO-MARCHEWKOWY

KUCHNIA KWB FOOD #4 KREWETKI Z SOSEM ZE SMAŻONYCH POMIDORÓW i OLIWEK oraz KREM BATATOWO-MARCHEWKOWY

INSULINOOPORNOŚĆ – krok od cukrzycy

INSULINOOPORNOŚĆ – krok od cukrzycy

GOSIA – mama trójki, która schudła 16 kg!

GOSIA – mama trójki, która schudła 16 kg!