To pytanie dostaję już trzeci sezon z rzędu: jak uzyskujesz taki kolor? Czy to opalanie natryskowe?
Więc powiem, jak jest. Z natury wcale nie jestem śniada. Ta opalenizna nie jest pamiątką z rajskiej wyspy ani efektem opalania natryskowego, na którym nigdy w życiu nie byłam. To efekt codziennej rutyny – powtarzalnej i właśnie dlatego skutecznej.
Bo z opalenizną jest dokładnie jak z sylwetką: nie robi jej jedno popołudnie, tylko małe rzeczy powtarzane każdego dnia. Pokażę Ci dokładnie, jak to wygląda u mnie.
Nie leżę godzinami w upale. Łapię słońce przy okazji – spaceru, pracy w ogrodzie, porannego treningu na dworze. Skóra dostaje je wtedy małymi dawkami rozłożonymi w czasie, a nie całą porcję na raz w jedną upalną sobotę.
I na tym polega równy koloryt: na regularności, a nie jednym intensywnym opalaniu, po którym skóra i tak schodzi płatami. Efekt jest wtedy dokładnie odwrotny do zamierzonego – zamiast brązu masz zaczerwienienie, a tydzień później blade plamy.
Najostrzejsze słońce między 11 a 15 po prostu omijam, przebywając w cieniu. Rano albo późnym popołudniem złapiesz ten sam koloryt, tylko łagodnie – bez poparzeń i pieczenia.
To zresztą zasada, którą zaleca każdy dermatolog, więc nie wymyślam tu koła na nowo. Po prostu dopasowałam swój dzień tak, żeby czas na dworze wypadał wtedy, kiedy słońce mi służy, a nie szkodzi.
Ciało opalam świadomie i stopniowo, ale twarz to u mnie zupełnie osobna sprawa. Mam cerę wrażliwą, naczynkową, ze skłonnością do rumienia, więc stosuję na nią filtr SPF 50 z dodatkową ochroną przed światłem niebieskim HEV.
Brzmi banalnie, a to jedno z moich największych odkryć ostatniego roku. Codziennie jem jeden posiłek z oliwą – dodaję ją nie tylko do sałatki, ale też do koktajli, a nawet do moich lodów proteinowych. Zdrowe tłuszcze wspierają barierę ochronną skóry, czyli tę warstwę, która trzyma nawilżenie w środku. Do tego przeciwutleniacze rozpuszczalne w tłuszczach – jak likopen z pomidorów czy beta-karoten z marchwi przyswaja się zdecydowanie lepiej, gdy zjesz je razem z tłuszczem. Dlatego pomidory z oliwą to nie jest tylko kwestia smaku.
Skóra odżywia się od wewnątrz. To, co jesz, ma dla jej kondycji i kolorytu ogromne znaczenie.
To brzmi jak dygresja, ale ma bezpośredni związek ze skórą. Nawet zimą chodzę lżej ubrana niż większość ludzi. Dzięki temu, gdy wiosną jest 12 stopni, idę na spacer albo trenuję w koszulce, a nie w bluzie. A skoro nie marznę, zostaję na dworze dłużej – w ogrodzie, na spacerze, na słońcu. Odporność na chłód, którą sobie wypracowałam, daje mi po prostu więcej czasu na świeżym powietrzu, i to przez większą część roku, nie tylko latem.
Do suplementacji KWB Sun Skin Plus wróciłam w marcu – jeszcze zanim na dobre ruszył sezon. To trzeci rok z rzędu, kiedy stosuję te kapsułki, i jest to element, o który pytacie mnie najczęściej.
Co w nich jest? Ekstrakt z aksamitki (luteina), astaksantyna z alg, likopen z pomidora, beta-karoten z marchwi, kwercetyna, L-tyrozyna i PABA, a do tego cynk, miedź i witamina E.
I tu rzecz, którą lubię najbardziej, bo ma solidne potwierdzenie: miedź pomaga w zachowaniu prawidłowej pigmentacji skóry, cynk pomaga w utrzymaniu jej prawidłowego stanu, a cynk i witamina E pomagają w ochronie komórek przed stresem oksydacyjnym. To nie są marketingowe hasła, tylko oświadczenia potwierdzone naukowo. Jedna kapsułka pokrywa 100% dziennego zapotrzebowania na cynk i witaminę E oraz 50% na miedź.
Ja różnicę w wyglądzie skóry zauważyłam po jakichś 4-5 tygodniach. Traktuję to jako element całej rutyny, nie jako zamiennik pozostałych pięciu punktów.
Muszę to napisać wprost, bo to najważniejszy akapit w całym artykule. Żaden suplement nie pozwala dłużej przebywać na ostrym słońcu. Rozsądne godziny opalania i odżywianie wartościowym jedzeniem to podstawa, której nie wolno pomijać. Suplementy na opaleniznę są dodatkiem do tej rutyny.
Jeśli masz cerę bardzo jasną, dużo znamion, przyjmujesz leki uwrażliwiające na słońce albo chorujesz przewlekle – swoją strategię opalania omów z lekarzem lub dermatologiem. To nie jest asekuracja na papierze. Skóra pamięta każde poparzenie.
Żadnej magii. Słońce dawkowane z głową, jedzenie wspierające skórę od środka i suplementacja jako dodatek. Rutyna, nie cud.
A swoją rutynę możesz zacząć choćby dziś od najprostszej rzeczy z tej listy. Wyjdź na 20 minut na spacer. Tyle. Bo małe nawyki budują wielkie efekty, a skóra odwdzięcza się za regularność jak mało co.
Treści mają charakter wyłącznie edukacyjny i nie zastępują konsultacji z lekarzem, dermatologiem ani dietetykiem. Suplementy diety są uzupełnieniem zbilansowanej diety i zdrowego stylu życia. Suplementacja nie stanowi ochrony przeciwsłonecznej i nie zastępuje stosowania kosmetyków z filtrem UV.


